Pielgrzymowanie mając swój cel, nie jest przez to ucieczką od życia i zobojętnieniem na ludzi, miejsca oraz treści spotykane po drodze. Dlatego nie przeszliśmy obojętnie wobec daru jaki nam został ofiarowany w postaci Budapesztu.
Stolica Węgier przechodziła różne koleje losu, które zapisane są w jej strukturze i zabytkach. Jej powstanie związane było z osiadłymi tu koczownikami – Madziarami – pod wodzą Arpadów. Wybitny ich przedstawiciel, późniejszy święty, Stefan, otrzymał w roku 1001 z rąk papieża koronę, co ugruntowało pozycję jego królestwa. Poświęcona mu katedra była miejscem, które nie tylko zwiedziliśmy, ale uczynili przestrzenią modlitwy.
Podczas Eucharystii, w kaplicy z obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, Bóg pytał nas o naszą wiarę. Nie tylko o to w kogo wierzymy, ale przede wszystkim komu wierzymy. Bowiem wśród naszych ścieżek życia nie tyle mamy się Bogiem „posługiwać”, ale dać Mu się prowadzić. Obraz śpiącego w łodzi Jezusa, gdy rozszalała się burza, wzywa do rewizji naszego pojmowania opatrzności Bożej. Bywa, że wstrząsa On nami, by wyrwać nas z poczucia własnej mądrości.
Wstępny spacer po części wschodniej zwanej Pesztem, uświadomił nam, jak wielowarstwową, kulturowo i historycznie, metropolią jest to miasto. O Bogu bogatym w ofiarowanych nam darach przypomniało nam rozważane słowo Boże. To się bowiem potwierdza, że darem dla innych stajemy się wtedy, gdy w pokorze przyznajemy się do bycia obdarowanymi. To wyraża Maryja, wyśpiewująca „Magnificat”.
Dwugodzinny przejazd po Budzie pokazał nam kolejne warstwy bogactwa darów wychylających się ku nam z głębi dziejów. Dopełnieniem zaś tego był rejs po Dunaju, pokazującym miasto z innej perspektywy. W Budapeszcie mogliśmy dostrzec siebie, zmieniających się i falujących od sukcesów po porażki, ale ważne, by w tym wszystkim złączonych z Bogiem. Wtedy podniesienie się z nędzy jest możliwe.
Dzień zakończyliśmy w hotelu usytułowanym u stóp sanktuarium Matki Bożej w Mariji Bistricy, ciesząc się jego nocna iluminacją.




























